24. czerwca A.D. 2017 Sanctus, Sanctus, Sanctus Dominus Deus Sabaoth. Pleni sunt caeli et terra gloria Tua.
Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały. (Iz 6,3)     


   Chcę otrzymywać ciekawe
   wiadomości na e-mail:

    

Joseph Kard. Ratzinger: Zniszczyć powody schizmy


Konferencja wygłoszona 13 lipca 1988 w Santiago do biskupów Chile
 
W ostatnich miesiącach włożyliśmy wiele pracy w sprawę Lefebvre’a, ze szczerą intencją stworzenia dla jego ruchu wystarczającego do życia miejsca w Kościele. Stolica Święta została za to skrytykowana. Mówiło się, że z niewystarczającą energią broniła ona Drugiego Soboru Watykańskiego, że traktując ruchy progresywne z wielką surowością okazała przesadne zrozumienie dla tradycjonalistycznej rebelii. Rozwój wydarzeń wystarcza, by wykazać błędność tych twierdzeń. Mityczna surowość Watykanu w obliczu dewiacji progresistów okazuje się być jedynie pustosłowiem. W rzeczywistości do tej pory publikowane były jedynie ostrzeżenia. W żadnym przypadku nie nastąpiły rygorystyczne kary kanoniczne w sensie ścisłym. Zaś fakt, iż w najtrudniejszym momencie Lefebvre wypowiedział podpisane już porozumienie, pokazuje, że Stolica Święta, jakkolwiek poczyniła naprawdę szczodre ustępstwa, nie przyznała mu tej pełnej swobody, której pragnął. Lefebvre zrozumiał, że w fundamentalnej części tego porozumienia, był zobowiązany do zaakceptowania Vaticanum II oraz do uznania posoborowego Magisterium, odpowiednio do wagi właściwej każdemu dokumentowi. Jest jaskrawa sprzeczność w tym, że właśnie ci ludzie, którzy nie przepuścili żadnej okazji by dać znać światu o swoim nieposłuszeństwie Papieżowi i magisterialnym deklaracjom ostatnich 20 lat, myślą, że mają prawo osądzać tę postawę jako zbyt łagodną i chcą, aby wymagano absolutnego posłuszeństwa Soborowi Watykańskiemu II.
 
Podobnie twierdzą oni, że Watykan przyznał Lefebvre’owi prawo do bycia dysydentem, czego uporczywie odmawiano promotorom tendencji postępowej. W rzeczywistości jedynym takim punktem potwierdzonym w porozumieniu jest (w ślad za konstytucją Lumen Gentium, nr 25), prosty fakt, iż nie wszystkie dokumenty Soboru mają taką samą wagę. Co do reszty, to w podpisanym tekście wyraźnie postanowiono, że należy unikać publicznych polemik oraz że wymaga się postawy pozytywnego poszanowania dla oficjalnych decyzji i deklaracji. Dodatkowo wyrażono zgodę, by Bractwo św. Piusa X mogło prezentować Stolicy Świętej – która jako jedyna rezerwuje sobie prawo do decyzji – jego poszczególne trudności dotyczące interpretacji reform jurydycznych i liturgicznych.
 
Wszystko to jasno pokazuje, że w tym dialogu Rzym połączył wielkoduszność we wszystkim, co można negocjować, ze stanowczością w kwestiach zasadniczych. Wiele tu mówi przedstawione przez arcybiskupa Lefebvre’a uzasadnienie jego wycofania się z porozumienia. Oświadczył, że wreszcie zrozumiał, iż porozumienie, które podpisał, miało na celu jedynie zintegrowanie założonego przez niego dzieła z „Kościołem soborowym”. Kościół katolicki w łączności z papieżem jest, według niego, „Kościołem soborowym”, który zerwał ze swoją własną przeszłością. W rzeczy samej – wydaje się, iż nie jest on w stanie dostrzec, że mamy tu do czynienia z Kościołem katolickim w pełni jego Tradycji oraz że Sobór Watykański II do niej należy. Bez wątpienia problem, który postawił arcybiskup Lefebvre, nie zakończył się zerwaniem z 30 czerwca. Zbyt proste byłoby uciekanie się do pewnego rodzaju triumfalizmu i myślenie, że trudność ta przestała istnieć od momentu, w którym ruch, któremu przewodzi Lefebvre, oddzielił się przez jasne zerwanie z Kościołem. Chrześcijanin nigdy nie może, ani nie powinien znajdować przyjemności w rozłamie. Nawet mimo absolutnej pewności, że winy nie można przypisać Stolicy Świętej, naszym obowiązkiem jest zastanowić się nad nami samymi, nad tym, jakie błędy popełniliśmy, jakie błędy popełniamy nawet teraz. Zawarte w soborowym dekrecie o ekumenizmie kryteria, według których oceniamy przeszłość, powinny być użyte – to logiczne – również do oceny teraźniejszości.
 
Jednym z podstawowych odkryć teologii ekumenizmu jest to, że schizmy mogą się pojawić tylko wtedy, gdy w Kościele przestano żyć pewnymi prawdami i pewnymi wartościami wiary chrześcijańskiej, gdy przestano je kochać. Prawda, która ulega marginalizacji, staje się autonomiczna, pozostaje poza całością kościelnej struktury, a następnie tworzy się wokół niej nowy ruch. Musimy zastanowić się nad faktem, iż spora liczba katolików, o wiele wykraczająca poza wąski krąg Bractwa Lefebvre’a, postrzega tego człowieka jako w pewnym sensie przewodnika, a przynajmniej jako użytecznego sprzymierzeńca. Nie da się przypisać wszystkiego motywom politycznym, nostalgii czy mniej ważnym czynnikom kulturowym. Przyczyny te nie są w stanie wyjaśnić przyciągania odczuwanego nawet przez młodych – szczególnie przez młodych – pochodzących z wielu całkowicie różnych narodów, otoczonych przez całkowicie odmienne rzeczywistości polityczne i kulturowe. Wprawdzie prezentują oni to, co z każdego punktu widzenia jest oglądem ograniczonym i jednostronnym, ale bez wątpienia fenomen tego rodzaju byłby nie do pomyślenia, gdyby nie działały tu dobre elementy, elementy, które, ogólnie rzecz biorąc, nie znajdują dostatecznej możliwości życia w dzisiejszym Kościele.
 
Z wszystkich tych względów powinniśmy postrzegać tę sprawę przede wszystkim jako okazję do rachunku sumienia. Powinniśmy pozwolić sobie na zadanie fundamentalnych pytań o obnażone przez te wydarzenia defekty w duszpasterskim życiu Kościoła. Dzięki temu będziemy mogli zaoferować miejsce w Kościele tym, którzy go szukają i żądają go, oraz zniszczyć wszelkie powody schizmy. Możemy uczynić taką schizmę bezprzedmiotową poprzez odnowę wewnętrznych rzeczywistości Kościoła.
 
Myślę, że są trzy ważne punkty, nad którymi trzeba się zastanowić. O ile istnieje sporo motywów, które wielu ludzi mogły skłonić do szukania schronienia w liturgii tradycyjnej, to głównym z nich jest to, że odnajdują oni zachowaną w niej godność sacrum. Po Soborze było wielu kapłanów, którzy świadomie podnieśli „desakralizację” do rangi programu – pod pretekstem zniesienia kultu Świątyni przez Nowy Testament. Zasłona w Świątyni, która rozdarła się od góry do dołu w momencie śmierci Chrystusa na krzyżu, jest, według pewnych ludzi, znakiem końca sacrum. Śmierć Jezusa, poza murami Miasta, czyli w świecie publicznym, jest teraz prawdziwą religią. Religia, jeśli ma jakikolwiek byt, musi go mieć w niesakralności codziennego życia, w miłości, którą się żyje. Zainspirowani takim rozumowaniem odrzucają oni święte szaty, jak tylko mogli obrabowali kościoły z tego splendoru, który przybliża umysłowi sacrum, zredukowali liturgię do języka i gestów zwyczajnego życia poprzez pozdrowienia, powszednie oznaki przyjaźni i tym podobne rzeczy. Nie ma wątpliwości, że tymi teoriami i praktykami całkowicie zignorowali prawdziwy związek między Starym a Nowym Testamentem. Zapomina się, że ten świat nie jest Królestwem Bożym, że „Święty Boga” (J 6, 69) żyje nadal w opozycji do tego świata, że mamy potrzebę oczyszczenia zanim się do Niego zbliżymy, że profanum, nawet po śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa, nie stało się „świętym”. Zmartwychwstały objawił się, ale tym, których serce otwarło się przed Nim, Świętym. Nie ukazał się wszystkim. To w ten sposób otwarła się nowa przestrzeń dla religii, do której wszyscy teraz należymy, religii, która polega na przybliżaniu się do społeczności Zmartwychwstałego, u stóp którego niewiasty upadły na twarz i adorowały Go. Teraz nie chcę rozwijać tego punktu dalej, ograniczę się do konkluzji: powinniśmy powrócić do wymiaru sacrum w liturgii. Liturgia nie jest uroczystością, nie jest spotkaniem, które ma na celu miłe spędzenie czasu. Nie ma znaczenia, że proboszcz nałamał sobie głowę by wymyślić sugestywne pomysły czy pełne wyobraźni nowinki. Liturgia jest tym, co czyni Boga po trzykroć Świętego obecnym pośród nas, to płonący krzak, to Przymierze Boga z człowiekiem w Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał. Wspaniałość liturgii nie polega na tym, że oferuje ona interesującą rozrywkę, ale na tym, że czyni dotykalnym Totalnie Innego, którego nie jesteśmy w stanie wezwać. On przychodzi, bo chce. Innymi słowy, istotą liturgii jest tajemnica, realizowana w powszechnym rytuale Kościoła, wszystko pozostałe to pomniejsza. Ludzie żywo z nią eksperymentują i uznają się za oszukanych, gdy tajemnicę przemienia się w rozproszenie, gdy głównym aktorem w liturgii nie jest Bóg Żywy, ale kapłan lub liturgiczny reżyser.
 
Obok kwestii liturgicznych centralnymi punktami konfliktu są obecnie ataki Lefebvre’a na dekret dotyczący wolności religijnej i na tak zwanego ducha Asyżu. To tutaj Lefebvre ustala granice między swoim stanowiskiem, a stanowiskiem dzisiejszego Kościoła.
 
Właściwie nie ma potrzeby, abym obszernie mówił o tym, że to, co głosi on w tych kwestiach, jest nie do przyjęcia. Nie chcemy tutaj rozważać jego błędów, ale raczej zapytać siebie samych gdzie brakuje nam jasności. Dla Lefebvre’a w grę wchodzi tu wojna z ideologicznym liberalizmem, przeciwko relatywizacji prawdy. Oczywiście nie zgadzamy się z nim, że – rozumiany zgodnie z intencjami Papieża – tekst Soboru czy modlitwa asyska były relatywizujące. Koniecznie trzeba bronić Drugiego Soboru Watykańskiego przed arcybiskupem Lefebvrem – jako ważnego i wiążącego dla Kościoła.
 
Z pewnością istnieje mentalność ciasnych poglądów wyizolowujących Vaticanum II, i to ona sprowokowała tę opozycję. Sporo jej przejawów sprawia wrażenie, iż począwszy od Vaticanum II wszystko zostało zmienione, że wszystko, co go poprzedzało jest bezwartościowe lub, w najlepszym razie, ma wartość jedynie w jego świetle. Drugi Sobór Watykański nie został potraktowany jako część całej, żywej Tradycji Kościoła, ale jako koniec Tradycji, nowy start od zera. Prawda jest taka, że sobór ten w ogóle nie zdefiniował żadnego dogmatu i świadomie wybrał skromną rangę soboru zaledwie pastoralnego. A jednak wielu traktuje go tak, jakby uczynił on z siebie superdogmat odbierający ważność wszystkim pozostałym. Ideę tę wzmacnia to, co dzieje się teraz. To, co poprzednio uważano za najświętsze – forma, w której liturgia jest przekazywana kolejnym pokoleniom – nagle jawi się jako coś najbardziej zakazanego, jako jedyna rzecz, której można bezpiecznie zakazać. Nie toleruje się krytyki decyzji podjętych od czasu Soboru, a z drugiej strony, jeżeli ludzie kwestionują starożytne zasady lub nawet wielkie prawdy Wiary – np. cielesne dziewictwo Maryi, cielesne zmartwychwstanie Jezusa, nieśmiertelność duszy itd. – nikt się nie skarży, a jeśli już, to z tylko z największym umiarem. Ja sam, kiedy byłem profesorem, widziałem jak ten sam biskup, który z powodu pewnego nieokrzesanego sposobu wysławiania się zwolnił przed Soborem nauczyciela będącego naprawdę bez zarzutu, po Soborze nie był gotów zdymisjonować profesora, który otwarcie zaprzeczał pewnym fundamentalnym prawdom wiary.
 
Wszystko to sprawia, że bardzo wielu ludzi zadaje sobie pytanie: czy dzisiejszy Kościół jest rzeczywiście tym samym Kościołem, co wczoraj? Czy może zmieniono go w coś innego, nic o tym nie mówiąc ludziom? Jedynym sposobem uwiarygodnienia Vaticanum II jest przedstawianie go takim, jakim jest, jako jedną z części nieprzerwanej, unikalnej Tradycji Kościoła i jego wiary. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że w duchowych ruchach epoki posoborowej często dochodziło do zapomnienia lub nawet do tłumienia zagadnienia prawdy. Być może stajemy tu wobec najważniejszego dzisiaj problemu teologii i pracy duszpasterskiej. „Prawdę” uważa się za twierdzenie zbyt egzaltowane, za „triumfalizm”, na który nie można dłużej pozwalać. Wyraźnie widać tę postawę w kryzysie trapiącym misyjny ideał i misyjną praktykę. Jeśli w głoszeniu naszej wiary nie wskazujemy na prawdę, i jeśli ta prawda już nie jest konieczna dla zbawienia Człowieka, to misje tracą swój sens. W rezultacie wyciągnięto wniosek – wyciągnięto go dzisiaj – że w przyszłości powinniśmy starać się jedynie o to, by chrześcijanie byli dobrymi chrześcijanami, muzułmanie dobrymi muzułmanami, hinduiści dobrymi hinduistami i tak dalej. Jeśli już o to chodzi, skąd mamy wiedzieć kiedy ktoś jest „dobrym” chrześcijaninem albo „dobrym” muzułmaninem? Koncepcja, iż wszystkie religie są – mówiąc poważnie – jedynie symbolami tego, co ostatecznie niepojmowalne, bardzo szybko zdobywa sobie grunt w teologii i już przeniknęła do praktyki liturgicznej. Kiedy sprawy dochodzą do tego punktu, wiara pozostaje w tyle, ponieważ w rzeczywistości wiara polega na tym, że angażuję się w prawdę na tyle, na ile jest mi ona znana. A więc również w tej kwestii mamy wszelkie powody, by powrócić na właściwą ścieżkę.Jeżeli znów uda nam się uwydatnić i żyć pełnią religii katolickiej w odniesieniu do tych punktów, to możemy mieć nadzieję, że schizma Lefebvre’a nie potrwa długo.  
 

Przekład: Adrian Fijewski


  strona główna  |  mapa serwisu  |  ^góra strony   
Copyright © 2006-2007 SANCTUS.pl - Wszelkie prawa zastrzeżone
Księgarnia Katolicka - Dewocjonalia Wałbrzych - Soczewki kontaktowe - Farby Rafil