Homilia Piusa XI na kanonizację św. Andrzeja Boboli w 1938 r. |
|
Czcigodni bracia, umiłowani synowie!
"Ten jest dzień, który uczynił Pan: radujmy się i weselmy się
weń"1. Dzisiaj Chrystus Pan, przezwyciężywszy śmierć,
otworzył nam wejście do wieczności; dziś Kościół wojujący uczestniczy obfitszą,
niż kiedy indziej radością w weselu Kościoła triumfującego, bo trzech ze swych
obywateli, którzy poszli w ślady Boskiego Odkupiciela, uznaje nieomylnym
wyrokiem za świętych i obdarzonych wieczną szczęśliwością.
W świętych tych urzeczywistniło się zaprawdę to, na co wskazał w mowie swej
świętej pamięci Nasz Poprzednik, Leon Wielki: "Dokąd wkroczyła chwała Głowy, tam
wzywana jest i nadzieja Ciała"2. Tam bowiem wszyscy
zaproszeni i kierowani jesteśmy, dokąd nas Mistrz nasz Chrystus powołał słowem i
przykładem swoim, to jest do ojczyzny niebieskiej, do której należy szczęśliwie
dojść, postępując jakoby per aspera ad astra. A że trzeba w tej ziemskiej
pielgrzymce zwalczyć i przezwyciężyć wszelkiego rodzaju trudności, jako że
"królestwo niebieskie gwałt cierpi"3, a nikt "nie bierze
wieńca, ażby się przystojnie potykał"4, oto przejasne
przykłady tych, których dzisiaj wolno nam było ozdobić zaszczytem świętości, i
nadzieję naszą wzmacniają i zachętą są dla nas oraz pomocą: "Pójdźcie, wstąpmy
na górę Pańską"5.
Dlatego też godzi się chociażby krótko tylko wspomnieć chwałę ich cnót,
abyśmy zapłonęli chęcią naśladowania w miarę sił ich wspaniałych czynów. Do
dążenia do chrześcijańskiej pokory, do pogardy rzeczy ziemskich, do dobrowolnego
umartwienia ciała zachęca nas wszystkich Salwator ab Horta, który poddawszy
wyższym władzom duszy wszelkie poruszenia zmysłów, a samą zaś duszę prawu
bożemu, tak obyczajami swymi wyraził wzór Jezusa Chrystusa, że, pociągając za
sobą niezliczone tłumy blaskiem swej świętości i cudami, doprowadził je
wszelkimi sposobami do lepszego kierowania się w życiu zasadami zgodnymi z nauką
Kościoła. Kto tylko bowiem i z jakiegokolwiek stanu do niego się zbliżył, gdy
zobaczył bijący z jego twarzy blask niebiańskiego światła, gdy posłuchał jego
płomiennych przemówień i gdy popatrzył na jego gorącą miłość Boga i bliźniego -
porywany był niejako do wstępowania w jego święte ślady.
Ten zaś, którego słusznie "łowcą
dusz" nazwano, Andrzej Bobola, kapłan Towarzystwa Jezusowego, uczy nas gorliwie
pracować nad rozszerzeniem Królestwa Bożego, a jako nieugięty męczennik skłania
do męstwa gnuśnych ludzi naszych czasów, do podejmowania wszelkich trudów dla
Boga i Kościoła według zasady "magna facere et perpeti christianum est". Pojmany
w Janowie przez kozaków za to, że odrzucał błędy schizmatyków i z wielkim
pożytkiem głosił wiarę katolicką, sieczony batogami, na wzór Jezusa Chrystusa
uwieńczony ostrą koroną, ciężko spoliczkowany, leżał poraniony szablą. Wkrótce
wyłupiono mu prawe oko, ściągnięto skórę z różnych części ciała i zaczęto
okrutnie przypalać rany i rozcierać je szorstkimi wiechciami. Nie dosyć na tym;
odcięto mu uszy, nos i wargi, wyciągnięto język z tyłu głowy, wreszcie wbito
szydło w serce. O trzeciej po południu dzielny szermierz Chrystusa, przebity
szablą, zdobył wieniec męczeństwa, dając podziwu godny widok męstwa.
Niemniejsze przykłady cnót daje nam Jan Leonardi, założyciel Zgromadzenia
Księży od Matki Bożej. I właśnie, jeśli nie wszyscy możemy albo zobowiązani
jesteśmy, ze względu na właściwe dla każdego warunki, naśladować aż do utraty
życia duchową dzielność Andrzeja Boboli, to wszyscy jednak możemy starać się
dorównać Janowi Leonardi w jego blasku czystości, w jego miłości modlitwy i
świętej pokuty, w jego czynnym wysiłku apostolstwa. Jaśniejąc tymi cnotami nie
tylko sam dosięgnął najwyższego stopnia chrześcijańskiej doskonałości, lecz
nawet i innych bądź błądzących przywiódł na prawą drogę, bądź w wątpliwościach
pogrążonych wprowadził do bezpiecznego portu, bądź wreszcie w wielu - przede
wszystkim ze stanu duchownego tak rozpalił pobożność i zapał boży, że
pogardziwszy wszystkim pragnęli jedynie stać się zwiastunami Ewangelii i
wszystkie ludy w cieniu śmierci będące orzeźwić światłem i łaską Jezusa
Chrystusa.
Uważamy, że Opatrzność Boża w trzech tych świętych dała Nam znak szczególnej
swej łaskawości; oni to bowiem - w tak trudnych i niespokojnych czasach
dzisiejszych - zapowiadają Kościołowi nadzieję nowych lepszych czasów. Jeden z
nich, ozdoba Polski, w której granicach zdobył sobie palmę męczeństwa, mamy
ufność, wyprosi swymi prośbami jedność Wschodu z Zachodem; drugi zjedna
Hiszpanii katolickiej - po przywróceniu pokoju i zgody - potężniejszy wzrost
życia chrześcijańskiego; trzeci wreszcie będzie się wstawiał za rozwojem Misji,
które sam tak gorąco polecał i popierał.
Niechże więc każdy z nich łaskawie spojrzy na swą ojczyznę i swą opieką
sprawi, ażeby po wstrzymaniu powodzi błędów, które niszcząc i podkopując
najgłębsze fundamenty państwa, usiłują zepchnąć narody w dawne barbarzyństwo,
poszczególne te narody również w naszych czasach były mocnymi twierdzami religii
katolickiej. A podobnież niech spojrzą łaskawie na cały Kościół i wspólną
modlitwą u Boga wyjednają, aby pod jego wodzą Kościół wyszedłszy zwycięsko z
obecnych burz, nowe święcił triumfy i wszystkie ludy doprowadził szczęśliwie do
jednej owczarni Jezusa Chrystusa. Amen.
Pius XI, 10 maja 1938 r.
Przypisy:
1.Ps.117 w. 24. 2.św. Leon, Kazanie I na Wniebowstąpienie
Pańskie. 3.Mat. XI, 12. 4.Por. II Tym II, 5. 5.Mich. IV, 2.
|